sobota, 14 stycznia 2012

z frontu

Drogi pamiętniczku, nadal nie jest nudno.

Walka z grypą trwa, trochę wygrana, trochę przegrana ale mam nadzieję, że już wkrótce wyjdę na prostą (nie pomaga fakt, że zamiast wziąć jak człowiek zwolnienie, usilnie twierdziłam, że to katar i trochę ją przechodziłam).

W miedzyczasie tak zwanym zaraziłam Michała, który stał się pierwszym przypadkiem przerzutu grypy na rękę. Wieczorem ostatniego dnia zwolnienia lekarskiego, wiercił w suficie w naszym nowym (nadal totalnie zdemolowanym) mieszkaniu i siła odrzutu od pręta zbrojeniowego połamała mu kość śródręcza (ręki prawej oczywiście, bo jakżeby inaczej) - wielka płyta potęgą i basta! No więc ma teraz gipsową rękawicę - pisać wolno i pracować może, jeździć samochodem nie może. Chcąc nie chcąc stałam się więc postrachem stołecznych dróg, ze swoim życiowym nieogarnięciem, drogowym przerażeniem i zielonym, świeżym prawo jazdy. A parkowanie bez wspomagania kierownicy wyrabia mięśnie ramion co do których nie sądziłam, że posiadam takowe. A jednak, a jakże.

Mam czasami tak, że np sprzątam szafkę z dokumentami (albo o zgrozo! z ubraniami). I na początku pełna świętego zapału wywalam wszystko na podłogę i już widzę w myślach cudowny efekt. Potem osiągam ten stan kiedy cały bajzel jest już na podłodze a ja chcę usiąść i płakać bo nie wiem jak kiedykolwiek przez to przebrnę (i przeklinam siebie, że wymyśliłam coś takiego).
Trochę mam tak teraz z mieszkaniem. Ale nie płaczę. Walczę.

A właściwie powinnam napisać walczymy bo kiedy okazało się, że Michał nie założy elektryki (ręka) to z odsieczą przyjechał jego tato (mimo choroby) i walczył za nas wszystkich. Oczywiście wieczorem zamiast poczęstować go czymś dobrym -  machnęłam w proporcjach i przez przypadek przygotowałam najostrzejsze zielone curry W ŻYCIU. Bardzo silnie równało do tajskich standardów czerwonego curry, że oznacza, że we trójkę siedzieliśmy, jedliśmy i płakaliśmy. Medal za dzielność został przyznany, kiedy tato po tym wszystkim wykrztusił : nie przejmuj się, im dalej się je tym mniej jest ostre...

I z ostatniego akapitu remontowego - modyfikuję kolejne poglądy. Pamiętam, że kiedyś z totalnym niezrozumieniem patrzyłam na tych, którzy w weekend jadą do wszelkich supermarketów budowlanych, ikei etc. - te tłumy, te wrzeszczące dzieci, te kolejki - co za koszmarna rozrywka! Przecież można sobie spokojnie przyjechać po pracy - myślałam. Nie wpadłam na to, że kiedy masz remont, ten drogocenny czas po pracy dziwnie się kurczy aż do zaniku, a lista potrzeb wręcz odwrotnie. Dlatego publicznie wszystko odszczekuję - jutro rano wsiadamy do Felki i jedziemy rozrywać się w Markach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz