poniedziałek, 5 września 2011

do miasta za rzeką






Kulmixtura to festiwal wrześniowych pożegnań z latem. Corocznie słyszałam o nim i chciałam pójść i co roku akurat wtedy wyjeżdżaliśmy na ostatni letni weekend. W tym roku bojkotuję jesień (a co!) i z żadnym latem się nie żegnam, bo za dwa tygodnie do Hiszpanii. Zostaliśmy więc w Warszawie i w niedzielę ruszyliśmy na Pragę.

Mam to silne poczucie, że wszyscy mówimy sobie w myślach to samo. Szczególnie na tych festynach/festiwalach/koncertach kiedy patrzę na niektóre rzeczy to wiem, że wzbudzają we mnie refleksje, które w tym samym czasie obraca w głowie inna część tłumu. Myśl na wczoraj, która kołatała się większości, między koncertami, pokazami, pojawiała się podczas pogawędek w kolejce po orientalne jedzenie była jedna: To jak zupełnie inne miasto...

Bo niezależnie od najfajniejszego pokazu kultury innych krajów, to co było w festiwalu najciekawsze to praskie podwórka, to Brzeska na którą można bez stresu zajrzeć, to fragment miasta (inne miasto?) tak zupełnie inne, że aż dziwne, że tak blisko.
Piękna, wrześniowa pogoda i do tego te zrujnowane kamienice, mury pamiętające wojnę, kawałki lamperii odpadające w przejściach. Gdy zbładziłam na jedno puste, niefestiwalowe podwórko, poczułam się jak w jednej z tych czytanek z pierwszej klasy gdzie ludzie wracają do zrujnowanej Warszawy a na miejscu ich domu rośnie młoda brzoza (skąd te obrazy w ogóle, ile mam jeszcze takich dziwnych zapamiętanych rzeczy?).

To było dobre/śmieszne/smutne/ciekawe (nie skreślaj, wybierz wszystko) popołudnie w innym mieście za rzeką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz