środa, 20 lipca 2011

potop i komunikacja miejska czyli nieszczęścia chodza parami

Narzekanie na pogodę jest już tak powszechne, że aż mi głupio pisać o tym w statusach na facebooku.
Głupio też gadać o tym z przyjaciółmi, skoro codziennie rozmawiam o tym z nieznajomymi w windzie, sklepie, pracy. Może przynajmniej na blogu sobie ponarzekam.

Dziś postanowiłam wybić się trochę z Mokotowa, co pogoda postanowiła uczcić małym eksperymentalnym potopem i zamianą mojego autobusu w amfibię. Wyszłam z pracy o 17.10, do centrum dotarłam 18.40.
Dla odmiany, kiedy wracałam  nie przyjechał ani jeden z trzech wpisanych w rozkład autobusów. Przez 40 minut. Piechotą do metra, z metra do domu. Mokro, zimno, wściekle. Godzina i kwadrans podróży.

Kiedy weszłam do domu popłakałam się ze złości. Teraz jest  mi głupio.
Wiem, że ludzie mają większe problemy niż spędzenie prawie trzech godzin w komunikacji miejskiej. Wiem, że dla niektórych to nie problem tylko codzienność. Ta świadomość niczego nie zmienia.

Michał mówi, że gdyby chciał się ze mną rozwieść wystarczyłaby przeprowadzka Białołękę.
Ma chłopak rację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz