Chciałabym powiedzieć, że ta urocza aura (3 dni deszczu bez przerwy, zimno, szaro, lipiec w Polsce) kojarzy mi się tylko z jednym. Z pierwszymi koloniami.
Pierwsze, trzytygodniowe kolonie nad jeziorem, w miejscowości o dźwięcznej nazwie Malinówka, perfekcyjnie w środku niczego, nawet tych malin tam nie było za bardzo z tego co pamiętam.
Drewniane domki przesiąknięte wodą. Wspólne sanitariaty (słowo sanitariat jest równie okropne, jak to co zazwyczaj sobą przedstawia) oddalone paręset metrów od domku.
Średnia temperatura w dzień 17 stopni, wyjątkiem 3 (słownie: trzech) dni kiedy było słońce i można było się zanurzyć. Biedni wychowawcy, którzy jako główne zajęcia dla grup mieli: śpiewanie obozowych piosenek, kajaki oraz siatkówkę. Nienawiść do kajaków pozostała mi do dziś.
Pointa jest prosta: mogę sobie narzekać na to jak czas szybko leci, a my coraz starsi, ble, ble, ble.
Ale tak naprawdę uwielbiam być dorosła!
Właśnie zarezerwowałam bilety do Andaluzji na wrzesień! :))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz