Ten blog miał być (też? przede wszystkim?) podróżach, bagażach (różnych, niekoniecznie podręcznych) itp. a tymczasem żadnej podróży już dawno nie było. Na szczęście tylko dlatego, że blog nie nadąża za życiem.
W drugi weekend czerwca byliśmy na Litwie, której oboje jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Standardowa polska trasa: Kowno-Wilno-Troki. Jednocześnie nie miałam wielkich oczekiwań (bo jednak wydawało mi się to typową trasą polskich sentymentów, wiadomo - do tych pół malowanych zbożem rozmaitem) i trochę miałam (bo Litwa jest też doroczną trasą taty, a Wilno zachwyciło mamę w której wyczucie klimatu miast wierzę niezachwianie).
Okazało się, że Wilno jest świetne! Z żywym mocnym klimatem miasta, które żyje samo (a nie historią czy turystami). Z pięknymi dziewczynami (jak to się rzuca w oczy, ta słowiańska mieszanka, ten styl ubierania się!) Z atmosferą włóczenia się, przesiadywania po ogródkach, podczytywania książek. Wszystkie literackie bziki odzywają, chce się znowu czytać Miłosza, Konwickiego, a błądząc w okolicach uniwerku, który jest moim zdaniem jednym z ładniejszych kampusów jakie widziałam ciężko nie cofać się nawet do lekcji romantyzmu ;)
Za mało tego wszystkiego, ledwo wystarczyło na wszystkie typowe miejsca, jeszcze Zarzecze, jeszcze Kolonia Wileńska, jeszcze trochę spacerów i chłonięcia atmosfery. Na pewno następnym razem pominęłabym dwa inne punkty wycieczki - Kowno (nuuuddaa i brzydko) oraz Troki (ładnie ale trochę festyniarsko po turystów).
Wrócę na pewno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz