Zawsze było trochę za daleko, albo za blisko, zbyt nieporęcznie. Potem nie miałam go gdzie trzymać chyba, że na hakach wbitych nad łóżkiem (nie mogłam pozbyć się poczucia, że pewnej nocy gdy będę sama NA PEWNO zwali mi się na głowę)
Ale wreszcie jest czas miejsce i okazja – mam rower! Wielką, czarną damkę robioną na starą ale z przerzutkami (uf!!). Pan który nam ją sprzedawał kupił ją w prezencie żonie. Sięgał mi do ramienia, a jego żona była jeszcze niższa. Jak obejrzałam „filigranowy rowerek” zrozumiałam, że pan albo chciał się pozbyć żony za pomocą niewinnego sportu (zupełnie nie mam pojęcia panie władzo jakim cudem ona na tym rowerze straciła równowagę i pojechała prosto pod prąd…) albo naprawdę się przeliczył (też kiedyś kupiliśmy miskę do sałaty wielkości miednicy).
W każdym razie żona jazdy na prezencie kategorycznie odmówiła, niechciany prezent trafił do mnie i teraz to ja przemierzam miasto w niektórych momentach wyglądając jakby to rower był tym, który wybiera trasę. Ma to tę niewątpliwą zaletę, że pozwala uniknąć stresu i niechcianego przytulania w autobusach 504 o których już pewnie napisano całe tomy. Zamiast tego mam kwitnące ogródki działkowe, cieniste ścieżki, szybki dojazd do pracy… oraz rowerowych faszystów. Ale o nich w następnym odcinku ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz