Wlasnie siedzimy w autobusie do Jerozolimy (a wszystkie miedzymiastowe autobusy maja tu wi-fi i to naprawde dzialajace a nie jak w polskim busie) wiec postanowilam ze uaktualnie troche bloga.
Ostatnie dwa dni spedzilismy w Tiberias (po polsku: Tyberiada) jednym z czterech swietych miast zydowskich i stolicy Galilei. Tiberias jest polozone niesamowicie - na wzgorzach otoczajacych jezioro Galilejskie. Okolice sa zywa sceneria biblijna, dookola jeziora mieszcza sie wszysrtkie miejsca znane z Bibli- miejsce rozmnozenia ryb, chleba i wina, wzgorze blogoslawienstw, miejsce chrztu w Jordanie, Magdala czyli miejsce narodzenia Marii Magdaleny itd. - do tego dochodza wszystkie miejsca ze starego testamentu - np.wzgorza Golan z Piesni nad Piesniami. Dla mniej zaangazowanych w biblijne poszukiwania jest to tez miejsce gdzie lokowaly sie pierwsze kibuce i do dzis niezle tu prosperuja, zajmujac sie od hodowli bydla przez uprawe ziemi az po farmy ostryg :) no i oczywiscie rybactwem- zawodem niezmiennie popularnym od ponad 2000 lat...jakby tego bylo mal Tyberias jest jeszcze swietym miastem ze wzgledu na Tore plus ma gorace zrodla slynne od czasow rzymskich. Jest wiec sporym rozczarowaniem, ze samo miasto jest po prostu.... BRZYDKIE! Mielismy to szczescie, ze mieszkalismy w uroczym pensjonacie z obledna panorama na jezioro, miasto i wzgorza - ale jesli chodzi o centrum to poniewaz miasto zostalo zniszczone przez powodz w 1934 a potem w czasie wojny, to sa tam moze 4 budynki ktore byly zbudowane wczesniej niz w 1948 roku - dwa z nich to stare opuszcone meczety, nieodrestaurowane i straszace ruinami, jeden to katolicki kosciol z 12 wieku, rowniez zamkniety dla zwiedzajacych (a przynajmniej tak wygladal) - widzielismy tylko dziedziniec ktory co ciekawy byl odrestaurowany przez polskich zolnierzy stacjonujacych tu podczas II wojny swiatowej (nawiasem mowiac nie mam pojecia co moglui robic tu polscy zolnierze w tamtym czasie? Czyzby front afrykanski mial swoj kawalek w Tiberias?).
Cala reszta to betonowe hotele od dawna nie malowane, dosc brzydka panorama i jedna handlowa ulica. Dlatego same miasto najlepiej traktowac jako baze wypadowa i zamieszkac tak jak my na milym zydowskim przedmiesciu z oszalamiajacym widokiem :)
Biblijne miejsca dookola tez moga dostarcvzyc mieszanych uczuc- np. Miejsce chrztu w Jordanie przypomina troche festyn - z autobusow wysypuja sie masowo amerykanie z najprzerozniejszych zgrupowan biblijnych, kupuja sobie biale koszulki do kolan i ida moczyc sie w wyznaczonym miejscu zielonkawej, ledwo plynacej rzeki pospiewujac przy tym religijne piosenki. Warto to zobaczyc :) tym bardziej, ze miejsce jest dostepne za darmo (podejrzewam, ze wszelkie koszty pokrywa sklep z horrendalnie drogimi i bezbrzerznie kiczowatymi dewocjonaliami suto wycenionymi w dolarach).
We znaki dal nam sie brak samochodu, ciezko zobaczyc wszystko bez niego tym bardziej ze autobusy jezdza jak chca a na przystankach nie ma rozkladow.
Wiecej pokaza zdjecia ktore dodam w najblizszym wpisie, na koniec jeszcze troche uwag ogolnych :)
1. Jedzenie - jest to nieodmiennie jeden z wazniejszych skladnikow kazdej podrozy wiec musze cos o nim napisac :) poki co wszystko co jedlismy bylo super- kuchania zydowska zaadaptowala mnostwo od arabow wiec mamy mnostwo pysznych rzeczy takich jak hummus (pasta z ciecierzycy), falafel (male kotelciki z ciecierzycy), biale sery z libanu, duzo past z. Np. puietruszki. Poza tym wszedzie piekarnie z pysznymi wypiekami. Miejsce w kotrym nocowalismy jest praowdzone przez zydowke z ameryki ktora napisala lsiazke" cooking israel" czy jakos tak i codziennie jedlismy obledne sniadania- swiezo pieczony, jeszcze cieply chleb, cieplutkie muffinki, wspomniane pyszne sery...ach! No i sa jeszce owoce i warzywa- wczoraj kupilismy sobie granata i jego" ziarenka" nie byly rozowe jak w Polsce, ale purpurowe i ekstrremalnie soczyste.
2. Koty - sa wszedzie (co normalne w krajach srodziemnomorskich) i sa WIELKIE! Kazdy z nich wyglada tak jakby nasza Burze mogl zjesc na sniadanie.
3. Ludzie - jak na razie mamy same mile doswiadczenia. Sa otwarci i raczej pogodni ale nienachalni. Bardzo wiele mowi niezle po angielsku, chodz z nami zaczynaja zwykle po hebrajsku (widocznie, az tak sie nie odrozniamy). Czujemy sie tez bezpiecznie, ponoc wszedzie w Izraelu jest taki luz oprocz Jerozolimy gdzie wyczuwa sie wieksze napiecie - pojedziemy i sprawdzimy :) po dwoch dniach prawie przystalismy sie gapic na kazdego ortodoksyjnego Zyda, ale dzieciaki w myckach i malymi pejsami sa wciaz uroczym widokiem :)
W nastepnym poscie troche zdjec ( z komorki ale zawsze :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz