Kocham Mikołajki miłością nieracjonalną i dziecięcą. Niby nic, deszczowy grudzień, sniegodeszcz oczywiście w oczy. Jednak ta brama do świąt była dla mnie zawsze początkiem tego co w świętach najfajniejsze - początkiem oczekiwania.
Pamiętam wszystkie 5 grudnie kiedy z siostrami na wyścigi polerowałyśmy na wyścigi buty bo przecież w brudnych nikt nie znajdzie słodyczy i małych prezencików. I kalendarze adwentowe, które znajdowały się rano. No i oczywiście klimat magii, takiej prawdziwej kiedy dzieje się coś kiedy śpisz (a na zewnątrz cicho pada śnieg, przyjmijmy ten kiczowaty obrazek nawet jeśli rzeczywistość to: śniegodeszcz, samochody do skrobania i brzydota polskiego miasta zimą).
Pamiętam któregoś szóstego grudnia kiedy średnia siostra wiedziała już, że Mikołaj nie zawsze zdąży do każdego buta i postanowiła go wyręczyć. Miałam 12 lat, a siedmioletnia Ania obudziła mnie o 3 w nocy bo nie mogła spać z ekscytacji, że kupiła mi kasetę Spice Girls i podrzuciła do buta (zaimprowizowała więc śródnocne odnajdywanie prezentów). Potem ja nie mogłam spać bo byłam podekscytowana i tak dotrwałyśmy do rana.
W ten sposób mamy już pełną receptę: dużo oczekiwania, trochę magii, małe prezenty, które cieszą na maksa, a najbardziej te które się samemu daje. Nie mam już kalendarza adwentowego ale znalezione dziś czekoladki starają się jak mogą :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz