Już się nie przechwalam weekendami... Po zeszłym intensywnym tygodniu pełnym napięć w pracy, dziwnych projektów chińsko-europejsko-amerykańskich, zalatania - jedyne o czym ciągle mówiłam to czterodniowy weekend listopadowy. Marzyłam głośno jak to sobie będę wylegiwać się w łóżku, czytać książki i nicnierobić.
Życie ma czasem naprawdę dużo czarnego humoru. Aż za dużo.
W sobotni ranek musiałam odwieźć mamę na izbę przyjęć (a przedtem w megastresie przebić się przez warszawsko-wyjazdowe mega korki). Potem odczekać 5 godzin (tak, PIĘĆ) na izbie przyjęć - miejscu w które spełniało wszystkie standardy przysłowiowej "polskiej służby zdrowia". Znieść bezsilność tego, że kolejka nie posuwa się w ogóle, że nie ma sposobu na to, żeby przyspieszyć pomoc i nawet robienie awantury jest z gruntu bez sensu. Przełknąć to, że jest się kolejnym trybikiem, że można być traktowanym przedmiotowo, i że grzeczność nie jest czymś na co się wg. niektórych zasługuje.
Wszystko to w warunkach kiedy jesteś rozdarty między chęcią natychmiastowego rozpłakania się a uderzenia kogoś naprawdę mocno.
Szpitale mają w sobie przygnębiający klimat, który najchętniej wyparłoby się z pamięci. Nawet jeśli jest już ok i służą tylko sensownej diagnostyce (a tak jest w tym przypadku, mam nadzieję), nie da się usunąć na bok świadomości odrapanych ścian i szafek, klimatu koszar i bezosobowości, nudy, choroby i smutku.
Nie da się umknąć podstawowym refleksjom, które przychodzą w najbardziej oklepanych i patetycznych zwrotach, typowe bla, bla, bla powtarzane tak często w rozmowach "zdrowie jest najważniejsze", "oby tylko zdrowie było" itd. itp.
Jednak kiedy już się to wszystko widzi i martwi o kogoś najbliższego te wszystkie frazy wydają się nagle zupełnie na miejscu, a ponieważ w tym bagażu podręcznym jest miejsce na wszystko to nawet je zapiszę (a co tam, niech będzie patetycznie):
1) Dowolny hardkor pracowy to NIC w porównaniu z tym co czujesz w czekając w taiej sytuacji na korytarzu izby przyjęć.
2) W porównaniu z tym co czai się za tymi odrapanymi drzwiami, każdy zwykły dzień pracy- nawet ten kiedy budzisz się o 7 i naciągasz kołdrę na głowę, ten listopadowy z mżawką padającą poziomo i z wrednymi ludźmi w autobusie - jest cudownym słonecznym weekendem.
3) Pomoc tych, którzy wcale nie muszą w tym być z Tobą ale są bo chcą i wspierają - jest czymś totalnie wspaniałym i przywracającym wiarę we wszystko.
No to to by było na tyle jeśli chodzi o wczesnolistopadowe patetyczne przemyślenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz