poniedziałek, 19 września 2011

Sztuka dobego zycia

Poniedzialek w Sewilli. Harmider poczatku tygodnia, tylko my wychodzimy na sniadanie w trybie wakacyjnym. Wchodzimy do kawiarni na hiszpanski zestaw : tostade (podpiekana bulka np z pomidorem i oliwa) i kawe i/lub sok ze swiezo wyciskanych pomaranczy. Dokolo pelno ludzi ale nie ma warszawskiego klimatu pospiech i biegu, nikt nie bierze kawy w tekturowym kubku, zeby biec dalej. Na wyswietlane z projektora wiadomosci wgapaiamy sie tylko my. Reszta gada z kelnerkami, ze soba, czyta gazety popijajac kawe. To sa takie poranki jakie chcialabym w calosci przeniesc do Warszawy i juz zawsze je takie miec.
Potem ruszamy do Kordoby. Docieramy i zaczynamy sie wloczyc po zaulkach, wchodzimy w patia, najlepszy sposbo zwiedzania. Docieramy do mezquity, meczetu zmienionego w kosciol. Warto go zobaczyc. Wplywy meczetu pozostaly tak silne, dojmujace, ze ma wszystkie" kosciele" dodatki wydaja sie wyrwane z kontekstu i nie na miejscu. Smieszne uczucie. Potem znowu slodkie zycie, jedzenie, sjesta, leniwe piwo pite w cieniu.
I wreszcie trzecie miasto dzisiejszego dnia. Granada. Wlasnie zaczyna sie wieczor i idziemy testowac miasto ktore slynie z tapasow.
W Hiszpani podoba mi sie wiele rzeczy: architektura, jezyk, jedzenie. Ale to czego najbardziej im zazdroszcze to tej sztuki dobrego zycia. Nie tylko na urlopie. I to chyba najtrudniej zabrac ze soba.

Parę fotek z Kordoby:

Największą atrakcją jest meczet zamieniony później na kościół, a oprócz tego warto po prostu sie powłóczyć po mieście, poczuć klimat zaułków, przystanąć w jakimś zacienionym patio etc. Słyszeliśmy też o tym, że ogrody miejscowego Alcazar są świetne, ale był poniedziałek a wtedy jest on zamknięty, więć nie bylismy się w stanie o tym przekonać sami.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz