Byc moze o jeden raz za duzo pomyslelismy z satysfakcja o tym jak zimno jest w Polsce a jak cudownie tutaj. Byc moze ktos z Was pozazdroscil nam troche za mocno. Byc moze urodziny krola mialy byc dla nas wyjatkowe. Dosc powiedziec, ze wczorajszy dzien byl dosc niestandardowy jak na nasza wycieczke...
Zaczelo sie normalnie - przyjechalismy do Khao Sok do osrodka Our Jungle House, gdzie domki sa polozone w dzungli nad rzeka. Rozlokowalismy sie, zjedlismy troche "przysmakow" z SevenEleven (to zasluguje na oddzielna notke) i czym predzej zamowilismy slonie na 2 po poludniu. Tuz przed naszym wyjazdem przeszedl przelotny deszczyk (pierwszy od naszego przyjazdu) ale potem sie rozpogodzilo wiec z radoscia oprzywitalismy przejazd do postoju sloni na pace furgonetki. Po drodze jeszcze przystanek na karmienie malp (Magda i Magda Magda maja swietne zdjecia z tego).
Ok, jakkolwwiek by to glupio nie zabrzmialo - jakie slonie sa duze! ;) Jechalismy parami w koszach na grzebiecie i czulam, ze dobrze ze mamy ten sznureczek, ktory nas choc symboliczneie zabezpiecza - choc nigdy nie slyszalam, zeby ktos spadl ze slonia... W miedzyczasie zaczelo padac - na poczatku delikatnie a potem byla to juz mala ulewa. Slonie tez nie poruszaly sie z punktu a do punktu b tylko chodzily po jakichs lasach, szly strumieniami itd. Wszystko to razem dawalo smieszne wrazenie. Z jednej strony byla to normalna atrakcja turystyczna, slady byly wydeptane, slonie nauczone (choc nasz byl dosc anarchistycznie nastawiony, robil przystanki to na jedzenie, to na kupe wielkosci futbolowki, to znowu w trakcie przerwy zaszyl sie na gorce) no i przewodnicy obok. Z drugiej strony przez ta ulewe, mokry las, trase duzo myslelismy z Michalem o tym, ze kiedys oni naprawde sie po tej Azji tak poruszali - wyrabujac sobie droge przez las, slimaczym tempem, na grzbiecie sloni, od czasu do czasu zostawiajac za soba kolejnych chorych na malarie... Sugestywne.
Kiedy dojechalismy do postoju gdzie w planach mielismy sie kapac w wodospadzie bylismy juz tak mokrzy, ze zadna kapiel nie byla nam juz potrzebna. Za to glaszczac slonia po trabie moglismy sie przekonac ze sa nie tylko duze ale tez cieple i... wlochate :) - kazy slon pokryty byl takimi smiesznymi ostrymi wloskami.
W drodze powrotnej siedzialam juz nie w koszu ale na grzbiecie przed koszem - okazuje sie ze jesli schowa sie nogi za uszami slonia to na szczescie wcale sie nie spada :)
Ja sama mailam jeszcze jedna, dodatkowa atrakcje - moje niebieskie, swiezo kupione w Kambodzy spodenki. Okazalo sie, ze FARBUJA. Pisze to duzymi literami bo czegos takiego jeszcze nie widzialam, pod wplywem deszczu mialam cale niebieskie nogi pod spodenkami, niebieskie struzki na lydkach, niebieskie rece, niebieska koszulke, nawet slonia pofarbowalam na niebiesko (na uszach).
Kiedy wroclismy okazalo sie ze naprawde wygladam jak z awatara, a odmycie tego zimna woda i mydlem jest naprawde trudne. Udalo sie, ale pewnie dopiero w sloncu plazy zobacze na ile sie udalo :)
Poki co dzisiejszy dzien (jestesmy po sniadaniu) spedzimy chyba w okolicach naszych domkow - nie ma jak gdzies sie wybrac bo nadal pada. Za to obiecuje, ze korzystajac z tego, ze jest tu komp i nie trzeba bawic sie przez komorke, postaram sie powrzucac zdjecia jeszcze dzis.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz