Wstawanie rano staje się naszą drugą naturą (podparta jetlagiem) - dziś byliśmy na nogach od 7. Jednocześnie wieczorem siedzimy do północy (tak jak teraz) włócząc sie po barach Williamsburga. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało - szkoda czasu na spanie.
Zaczęliśmy dzis od Chelsea market, w starych postfabrycznych budynkach jest teraz targ z dużą ilością małych stoisk. Potem wskoczyliśmy na High Line park - park który powstał na wiadukcie którym biegły tory nieuzywanej kolejki. Tak sobie stały i zarastały zielskiem, aż nowojorkski fotograf zaczął przekradać sie tam i fotografować ta łąkę w środku miasta. Za sukcesem jego wystawy poszedł pomysł aby zrobić tam prak - i dzis idzie się wiaduktem kolejowym zamienionym w park (przypominający trochę ogrody BUW-u) i mając swietny widok na ulice poniżej. Świetne miejsce!
Potem hmm trafiliśmy do piekła a dokładniej na Times Square... jeżeli ktos mówił kiedyś, że nienawidzi NY bo brudno, tłoczno, duszno i brzydko to może po prostu podczas swojej krótkiej wizyty był tylko tam. Przy 30 stopniach ciepła i 80% wilgotności trafilismy w to najsłynniejsze miejsce obklejone szyldami, neonami, migającymi ekranami, z kakofonią dźwięków (muzycy, tłum, uliczni sprzedawcy) i pełne ludzi chcących sprzedać wszystko. Wtedy własnie wilgotny pot oblepił mi twarz i pomyślałam - to Bangkok! To prawdziwa Azja w środku Ameryki z jej duchota, ciasnotą, wilgotnościa i zapachem jedzenia w otoczeniu betonowych wysokościowców.
Smieszne jest uczucie kiedy w takim miejscu umawiasz się z kimś i nagle odnajdujecie się w tłumie - niby normalne (umówiliście się to i przyszedł) ale i na pograniczu cudu (tutaj, w tej ludzkiej otchłani, znajoma twarz?). Tak właśnie znajdujemy się z Izą i Kubą.
Chwilowy ratunek od ścisku oferuje nieodwiedzane muzeum Broadwayu i Times Square - klimatyzacja, luźne toalety (jakie to ważne, ha :) i film o początkach tego miejsca. Bierzemy udział w loterii w ktorej mozna wygrac bilety na musical "Book of mormon" - nieudanej. Rezygnujemy z zakupu w ostatniej chwili biletów na coś innego.
Potem - kolejne mityczne miejsce - Empire State Building. Jest wiele widoków, które bym sobie podarowała, ale ten nie. Mimo kosztów jest to niesamowite wrażenie, którego nie oddadzą żadne zdjęcia bo po prsotu nie ma takiego medium ktore oddałoby ta masę betonu, szkła, tą wielkość i wszystko to na jednej małej wyspie. Wjechalismy tam w idealnym momencie - po pełnych dwóch dniach na Manhattanie bylismy juz w stanie rozpoznać miejsca, organizację dzielnic, znaleźć znajome punkty i ulubione budynki. Odkrywamy, że zdjęcie Flat Iron (charakterystycznego,trójkątnego wysokościowca), które wszyscy oglądalismy ostatnio na ścianie, jest zrobione właśnie z tej perspektywy, z Empire State Building) . Tam tez udajemy się od razu po wyjściu, własnie na pamiątkowe zdjęcie przed Flat Iron.
Potem jeszcze szybki przejazd metrem do Grand Central czyli głównego dworca kolejowego w NY (największa liczba peronów na świecie) gdzie mozna podziwiać piekne niebieskie sklepienie. I juz wracamy na Brooklyn. Super są te powroty, Williamsburg I Greenpoint to w porównaniu do Manhattanu ciche sąsiedztwa. Jest zatrzęsienie knajpek, ludzie jeżdża na deskorolkach na ulicy i jest zieleń! Nic dziwnego, że to teraz najdroższa dzielnica po Manhattanie, sama gdybym miała mieszkac w NY to (o ile moge nto na teraz ocenić) własnie tam.
Wieczorem spotykamy się jeszcze z siostrą cioteczna Kuby i jej mężem, którzy mieszkają to na stałe i zabieraja nas w mniej znane miejsca w Williamsburgu. Tutaj znów powraca motyw azjatycki - idziemy do świetnej i niedrogiej knajpy z tajskim jedzieniem ( nazywa się Sea, jest nieopodal Bedford Ave) a potem do baru, ktory jest zaadoptowanym budynkiem pofabrycznym - nazwya sie Bier Garten i wszystko jest tu dobre - wystrój, piwo i muzyka.
A teraz jestem juz oficjalnie padnięta i ide spać.
Niezły sobie dajecie wycisk! Jestem pełna podziwu ile potraficie upakować w jeden dzień. Trzymam kciuki za dalsze przygody!! Buziaki dla wszystkich. MM
OdpowiedzUsuń