Będziesz czuła się tak jakbys tam już była. Pomyslisz o to znam! i to! - powiedziała mi Marta przed wyjazdem do Nowego Jorku i miała rację. Faktycznie jest tak, że chodząc po ulicach Manhattanu ma się dziwne, trochę senne wrażenie - tak wiele miejsc już się widziało ( w filmach, na zdjęciach etc.), że ma się wrażenie jakby nagle weszło się w obrazki. I jednoczesnie - jest tak zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałam (!), cieżkie gorące powietrze jak w Bangkoku i często takie też zapachy, drapacze chumr niespłaszczone na zdjęciach więc jeszcze większe. Ale po kolei...
Wczoraj (piatek) o 6:05 wylecieliśmy do NY i z krótka bezproblemową przesiadką dotarliśmy do NY. Lotnisko JFK na pewno nie wygląda jak jeden z najbardziej reprezentacyjnych portów na świecie, raczej na takie zrobione z kartonu. Ale nie oglądamy go długo, wsiadamy w żółta taksówkę z taksówkarzem który nie do końca wie gdzie jedzie, za to spiewa pod nosem i ruszamy do naszego tymczasowego domu na nastepne 4 noce, do Greenpoint Lodge, na pogranicy Greenpointu i Williamsburga. Nie czuc szoku kulturowego, na Greenpoincie wciąż 43% to Polacy, są polskie szyldy restauracje takie jak "Łomżynianka" a okoliczni hipsterzy zajadaja się pierogami. Nie tracimy czasu i od razu po odświeżeniu sie po podróży jedziemy na Manhattan i do MOMY (Muzeum Sztuki Nowoczesnej).
Wysiadamy z metra przy Rockefeller Plaza i to jest pierwsze spotkanie z miastem gdzie trzeba az tak zadzierac glowe ;) na szcześcioe możemy zwalniac do woli, całe miasto jest pustsze niz zwykle - wszyscy wyjechali na Labor Day Weeekend, albo wlasnie to robią. Samo muzeum nie jest najlepszym wyborem na czas kiedy jest sie na nogach 20 godzin. Pierwsze dwa piętra to totalna awangarda, a ja troche nie jestem w stanie zachwycać sie odkurzaczem wstawionym w szklana gablotkę albo białym płótnem na białej ścianie. Jednak - im wyżej tym lepiej! Na piątym poziomie jest mnóstwo fajnych rzeczy - postimpresjonisci, Klimt, Van Gogh, Frida Kahlo i wiele wiele innych. To mnie na chwile ozywia ale niestety jednak jest to tylko chwila. Jeszcze spacer do metra i wreszcie lozko!
Roznica czasu budzi nas o 6 rano wiec juz o 8 dzielnie wyruszamy w miasto. Dzis zwiedzalismy dolny Manhattan. Zaczelismy od Littlle Italy i Chinatown, Soho a potem plynnie koncowka Boradwayu. Zabawne sa te cale dzielnice narodowe to jak w kazdej z nich jest pelno sklepoiw z jedzeniem z tych krajow (na greenpoincie kupisz wszystko - od serka wiejskiego po delicje), jezyka, dwuzjezycznych szyldow. Potem trafiamy w okolice Brooklyn Bridge i WTC. W okolicach WTC, jest najwyzszy drapacz chmur z konstruckcji z cegiel i wyglada niesamowicie. Zreszta - nie tylko on. Największym zaskoczeniem jest chyba to, jak wiele drapaczy chmur w NY to nie nudne szkło i beton, ale ciekawe fasady, kamieniczne zdobienia etc. Czesc z nich wyglada jakby holenderskie czy angielskie kamienice nagle urosły na 40 pięter i już tak zostały. Super.
Ogarniamy bilety do WTC Memorial i ruszamy na miejsce po dwóch wieżach.
WTC Memorial to będzie komples składający się z kilku budynków postawionych na miejscu tych 7 ktore stały w tym miejscu przed atakiem. Jak na razie zbudoiwane są chyba pierwsze trzy z czego najwyższy WTC1 wlasnie jest wykanczany. Samo miejsce robi naprawde spore wrazenie. Nie tylko przez to co tam sie wydarzylo, ale takze przez to jak ladnie ten projekt to upamietnia - jest pominikiem silnie wzruszajacym ale bez martyrologii. Mamy wiec odbudowany kompleks, muzeum poswiecone WTC (jeszcze zamkniete) a na samym miejscu dwoch wiez dwa czarne bazaltowe baseny do ktorych lejaa sie wodospady wody. Dookola na obramowaniach basenow sa wypisane nazwiska tych ktorzy zgineli w danym budynku, brygard ratowniczych i tych ktorzy byli pasazerami feralnych samolotow. Dookola zasadzono 400 debow. Ciezko oddac to w slowach ale caly projekt tchnie gleboka hmm... jak to nazwać... klasą? Żalem i upamiętnieniem ale przy pomocy kiczowatych gipsowych pomników tylko naprawdę ciekawą formą.
Potem ruszamy dalej na południe gdzie wsiadamy na prom na Staten Island z ktorego oglądamy sobie Sattuę Wolnosci i panoramę Manhattanu. Pod sama statuę nie popłyneliśmy ponieważ tym razem taka wycieczka nie jest połączona z muzeum emigracji na Ellis Island które było dla mnie najciekawsze (niestety zniszczone dość znacznie po zeszłorocznym huraganie Sandy wciąz nie zostało otwarte). Potem jeszcze dzielnica finansowa, Trinity Church (kosciolek z 1984 roku, teraz wcisniety miedzy drapacze chmur, w czasach gdy powstawal najwyższy budynek w NY!), giełda (zaskakująco mała) i an końcu dzielnica portowa Southport (gdzie normalne cztero-pięciopietrowe budnyki wydają sie w kontrascie takie małe, jak dzielnica dla lalek)
Zobaczylismy dzis ułamek, a ja już czuję jakbym zobaczyła kilka innych miast. Niesamowita jest też róznorodność jesli chodzi o ludzi. Ciezko to opisać ale ma się wrażenie jakby to miasto nie miało narodowości albo jakby miało je wszystkie na raz. Mogłabym usiąśc na krawężniku i oglądac wszystkich którzy tu chodza i długo by mi sie nie znudziło. Jest brudno, często gorąco, w metrze jeszcze goręcej, głosno i dośc tłoczno ale... na maksa mi się podoba!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz